GetBack był spółką windykacyjną, która w latach 2016–2018 stała się jedną z najgłośniejszych historii warszawskiej giełdy. Debiutowała na GPW w 2017 roku, a jej obligacje — sprzedawane także przez banki i domy maklerskie klientom detalicznym — kupiło około dziewięciu tysięcy osób. W kwietniu 2018 roku spółka przestała obsługiwać swoje zadłużenie, a obligatariusze dowiedzieli się, że „bezpieczny” papier o wysokiej rentowności był bezpieczny tylko z nazwy.
Skala — ponad dwa i pół miliarda złotych zobowiązań — zrobiła z GetBacku sprawę systemową: dla nadzoru, dla dystrybutorów, dla audytorów i dla całego rynku obligacji korporacyjnych, który na lata stracił zaufanie inwestorów indywidualnych.
Sygnały, które nie uruchomiły alarmu
Z perspektywy czasu łatwo wskazać ostrzeżenia: tempo wzrostu, koszt finansowania, sposób sprzedaży obligacji. W czasie rzeczywistym każdy z tych sygnałów miał swoje wytłumaczenie, a osoby odpowiedzialne za decyzje widziały tylko fragment obrazu. Pytanie, które stawia ta historia, nie brzmi „kto nie zauważył”, lecz „dlaczego zauważone sygnały nie zamieniły się w decyzję”.
Alarm nie uruchamia się sam. Uruchamia go człowiek, który musi wziąć na siebie koszt fałszywego alarmu.
Kto powinien zapłacić za stratę
GetBack zakończył się układem z wierzycielami, postępowaniami karnymi i sporami o odpowiedzialność dystrybutorów. Ale najważniejsze pytanie pozostało otwarte: gdzie kończy się odpowiedzialność sprzedającego, a zaczyna odpowiedzialność kupującego, kiedy produkt jest złożony, a informacja niepełna?
W książce
Czwarty rozdział „Ciężaru kapitału” — Filtr, który nie zatrzymał historii. GetBack — pyta, kto może powiedzieć „nie”, i zamyka się portretem Sebastiana Buczka. To spojrzenie osób z rynku, które tę historię obserwowały od środka.




